Krótka podróż z koronawirusem w tle

Znasz kogoś, kto zachorował na koronawirusa? – koronne, nomen omen, pytanie „koronasceptyków” podbija internet. Odpowiedź negatywna ma dowodzić, że ten cały wirus to ściema, spisek, wytwór propagandy rządu światowego itd. Tak się jednak składa, że ja znam. A po obserwacjach z krótkiej podróży po Polsce obawiam się, że niebawem znacznie więcej osób nie będzie mogło takiej znajomości zaprzeczyć.

rt 2020 06a 18

Wiesz, przecież ja jestem ze Śląska, z grupy podwyższonego ryzyka, ale jadę, bo odbieram statek – tłumaczy komuś przez telefon mój współpasażer. Maseczki lub innej zasłony ust i nosa – brak. I nie daje ci to do myślenia, człowieku? – patrzę z mieszanką zdziwienia i irytacji wobec beztroski pana spedytora. Pociąg Intercity Premium, zwany powszechnie pendolino, relacji Warszawa – Gdynia jest niemal pełen. Bezprzedziałowe wagony, rzędy po dwa miejsca obok siebie, przedzielone wąskim korytarzem. Usta i nos zasłania może 10 proc. podróżnych, mimo że z głośników co kilkanaście minut płynie komunikat (po polsku i po angielsku) o takiej konieczności, również na ekranach pojawia się stosowna informacja. Na wypadek, gdyby ktoś był głuchy i nie umiał czytać, tuż po rozpoczęciu podróży pojawia się pan z wózkiem, z którego rozdaje „pakiety ochrony osobistej„, w każdym znajduje się jednorazowa maseczka i gaziki odkażające. Większość podróżnych ogląda je z zainteresowaniem, po czym… nieotwarte chowa do toreb. – Może na prezent?

Znakomita pamiątka znad morza – myślę nieco złośliwie. A może to ja przesadzam? Albo – nie daj Boże – przeoczyłem enty etap znoszenia obostrzeń? Strona gov.pl/web/koronawirus/aktualne-zasady- i-ograniczenia nie pozostawia jednak wątpliwości: „Maseczkę trzeba wciąż obowiązkowo nosić m.in.: w autobusie, tramwaju i pociągu”. Czyli jednak. Dlaczego zatem nikt z obsługi pociągu nie egzekwuje tego wymogu? – Niejednokrotnie przy indywidualnych upominaniach pasażerów o obowiązku zakrywania ust i nosa przez drużyny konduktorskie, podróżni oświadczają, że nie mogą spełnić tego obowiązku ze względu na stan zdrowia. Na podstawie tego typu składanych oświadczeń, pracownicy drużyn konduktorskich nie zgłaszają potrzeby interwencji służbom do tego właściwym (SOK, policja). Jako spółka za pośrednictwem komunikatów wygłaszanych na pokładach pociągów przypominamy o obowiązku zakrywania ust i nosa w celu zadbania o zdrowie i bezpieczeństwo własne oraz współpodróżnych – informuje Agnieszka Serbeńska z Zespołu Prasowego PKP Intercity SA. Krótko pisząc – teoretycznie konduktor może wezwać policję lub Straż Ochrony Kolei, ale to działanie pozbawione sensu.

A poza tym już widzę „zachwyconych” pasażerów unieruchomionych w pociągu, bo pan Zdzisław odmówił zasłonięcia ust i nosa, więc jedzie po niego policja. Zresztą akurat do obsługi nie mam uwag żadnych: wszyscy w maseczkach i rękawiczkach, kontrola biletów odbywa się bezdotykowo. Może po prostu źle trafiłem? Może akurat w tym pociągu zdarzyła się kumulacja zwolnionych z obowiązku zasłaniania ust i nosa astmatyków, niczym w kadrze norweskich narciarek klasycznych? Z ulgą wysiadam i jadę do hotelu. Taksówka – wzór. Kierowca w przyłbicy i rękawiczkach, zasłona z pleksi, rozliczenie bezdotykowe (przez aplikację). Podbudowany wchodzę do hotelu jednej z międzynarodowych sieci. Wszędzie dozowniki z płynem odkażającym, recepcja urządzona zgodnie z wymogami dotyczącymi zachowania odległości, pracownicy w maseczkach. Pośrodku wielkiego holu stoi grupka ok. 10 osób. Gdyby mogli, staliby jeszcze bliżej siebie, ale bliżej już się nie da. – Taka wielka rodzina? – pytam recepcjonistkę, mrugając porozumiewawczo. – Pan da spokój, oszaleć można. Przestaliśmy zwracać gościom uwagę, bo co się nasłuchaliśmy złośliwości, to nasze. W windach informacja o konieczności korzystania z nich pojedynczo.

Tu po raz kolejny przekonuję się, że matura z matematyki ma głęboki sens – większość gości nie wie bowiem, ile to jest „1 osoba”. Aby ukoić skołatane nerwy, idę na piwo do sympatycznego baru z równie sympatyczną barmanką, serwującego piwa rzemieślnicze. Stoliki oznaczone napisami „zdezynfekowano”. Gdy tylko gość usiądzie, tabliczka jest zabierana, a po tym jak wstanie, natychmiast pojawia się obsługa z płynem i ścierką. Część piw sprzedawana jest w butelkach, do których obsługa podaje – rzecz jasna – szklanki. Grupa młodych ludzi próbuje jednak piwa prosto z butelki (tej samej butelki), dzieląc się wrażeniami smakowymi. Obsługa porozumiewawczo zerka na siebie i wraca do sprzątania stolików. Koronaparty mają się całkiem nieźle, nawet jeśli są niezamierzone.

Oczywiście, odległości między biesiadnikami minimalne. Teoretycznie można założyć, że to mieszkańcy wspólnego studenckiego mieszkania, ale patrząc po innych knajpach, należałoby wysnuć wniosek, że siedzą w nich wyłącznie mieszkający razem studenci. Z tym, że niektórzy z uniwersytetu trzeciego wieku. Słynny zakład Pascala dotyczy wprawdzie wiary w Boga, ale jego mechanizm pasuje jak ulał: jeżeli Bóg istnieje, to my wierząc w Niego, zyskujemy wieczność, nie wierząc w Niego, tracimy wszystko. Jeżeli Boga nie ma, to my wierząc w „niego”, nic nie tracimy, nie wierząc w „niego”, też nic nie tracimy. Zatem z ekonomicznego punktu widzenia bardziej opłaca się wierzyć niż nie wierzyć. Zakładając maseczki, zachowując odległości, dezynfekując ręce, być może działamy na wyrost, ale to nam nie zaszkodzi. Natomiast zbiorowe zaniechanie tych praktyk może być katastrofalne w skutkach, o czym – być może – przekonamy się w niedalekiej przyszłości



Marcin Lewicki

Wydanie: 6/2020, ŚWIAT BRANŻY
W najnowszym wydaniu
 




Strefa prenumeratora
ARCHIWUM ONLINE RYNKU TURYSTYCZNEGO:
Login:
Hasło:
Zapomniałem hasło


E-tygodnik
Bądź na bieżąco
Jeżeli chcesz otrzymywać w każdy poniedziałek przegląd najważniejszych informacji branżowych, zapisz się do listy subskrybentów.



Jeżeli chcesz wypisać się z listy odbiorców newslettera, wpisz adres e-mailowy i kliknij "rezygnuję".
Twój e-mail