Kryzys na niebie i w hotelach – podsumowanie po tygodniu wojny   BLISKI WSCHÓD

Od tygodnia Bliski Wschód zmaga się nie tylko z eskalacją konfliktu zbrojnego, ale także z jego natychmiastowymi gospodarczymi skutkami. Dla branży turystycznej, która w ostatnich latach biła rekordy popularności, ostatnie dni przyniosły prawdziwe trzęsienie ziemi.

Region, który sprzedawał się jako oaza stabilności i luksusu, stał się celem ataków, a tysiące turystów, w tym dziesiątki tysięcy Polaków, utknęły w strefie konfliktu.

Paraliż na lotniskach, chaos i dezinformacja

To, co miało być wymarzonym urlopem w Zatoce Perskiej, zmieniło się w koszmar logistyczny. Punktem zwrotnym dla wizerunku regionu stały się obrazy z Dubaju – miasta, które uchodziło za bezpieczną przystań. W ubiegły weekend ogień pojawił się w ekskluzywnym hotelu Fairmont The Palm na sztucznej wyspie Palm Jumeirah. Choć władze szybko ugasiły pożar, a rannych zostały cztery osoby, w mediach społecznościowych błyskawicznie rozeszła się panika i dezinformacja o rzekomym "irańskim ataku rakietowym" na luksusowy kurort.

Jeszcze większe wrażenie wywarł incydent z kultowym hotelem Burj Al Arab. Budynek, będący wizytówką Dubaju, został lekko uszkodzony nie bezpośrednim trafieniem, ale odłamkami zestrzeliwanych pocisków. Symboliczny wydźwięk tej sytuacji jest druzgocący dla branży. Jak zauważa dr Eran Ketter z Kinneret Academic College, cytowany przez "The Jerusalem Post", "stabilność w Dubaju to nie tylko warunek, to produkt". Gdy ten produkt zostaje zachwiany, ucierpieć może cała globalna mobilność.

Paraliż dotknął przede wszystkim lotnictwo. Od 28 lutego zamknięto dużą część przestrzeni powietrznej nad Zatoką Perską. Port lotniczy w Dubaju, który w 2025 roku obsłużył rekordowe ponad 95 milionów pasażerów, działa obecnie na ok. 25% normalnych mocy. Linie lotnicze, takie jak Emirates czy Qatar Airways, stoją w obliczu ogromnych problemów operacyjnych. Tylko między 28 lutego a 5 marca odwołano ponad 25 tysięcy lotów w regionie.

Miliony turystów mniej, miliardy strat

Sytuacja w Zatoce Perskiej to nie tylko problem logistyczny, ale przede wszystkim gospodarczy. Region ten, zgodnie z danymi UNWTO, odwiedziło w 2025 roku prawie 100 milionów turystów, co stanowiło 7% wszystkich międzynarodowych podróży. Turystyka przynosi Bliskiemu Wschodowi ok. 367 mld dolarów rocznie. Teraz ten boom został gwałtownie przerwany.

Eksperci z firmy Oxford Economics prognozują, że w 2026 roku liczba przyjazdów może spaść o 11-27% w porównaniu z rokiem poprzednim, co przełoży się na utratę od 23 do 38 milionów turystów. Straty w wydatkach gości mogą sięgnąć od 34 do nawet 56 miliardów dolarów. Jordanski przewodnik Nazih Rawashdeh w rozmowie z AFP mówi wprost: "To dopiero początek sezonu. To katastrofa".

Już teraz widać pierwsze symptomy załamania. Firma AirDNA odnotowała, że po wybuchu konfliktu liczba anulowanych rezerwacji mieszkań wakacyjnych w ZEA wzrosła dwukrotnie – do 8450 obiektów. Linia lotnicza Ryanair informuje o gwałtownym spadku liczby rezerwacji do krajów Zatoki, przy jednoczesnym wzroście popytu na kierunki śródziemnomorskie. Ceny biletów lotniczych między Azją a Europą poszybowały w górę, a za prywatny odrzutowiec z Rijadu do Porto trzeba zapłacić nawet 20 tysięcy euro.

Dalsze plany i perspektywy

Na ten moment biura podróży, takie jak niemieckie TUI czy Dertour, anulują wycieczki do ZEA i Omanu co najmniej do 7 marca. Egipt, Jordania i Katar również odczuwają spadek rezerwacji, mimo że same nie są bezpośrednim celem ataków. Kluczowym problemem jest "efekt psychologiczny". Jak podkreśla Martin Lohmann z Research Association for Vacation and Travel, powrót turystów będzie możliwy szybko (nawet w kilka tygodni), jeśli infrastruktura pozostanie nienaruszona, a zagrożenie bezpieczeństwa zniknie. Na razie jednak nikt nie chce ryzykować.

Polskie MSZ podtrzymuje zalecenie, by nie podróżować do Iranu, Libanu, Izraela, a także do ZEA, Kataru, Kuwejtu, Bahrajnu, Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Tymczasem turyści, którzy utknęli w Dubaju, muszą radzić sobie sami, czekając na wznowienie lotów komercyjnych i licząc na pomoc lokalnych władz, które – jak zapewniają – przedłużyły pobyty i posiłki dla uwięzionych gości. Ewakuacja na szeroką skalę, przynajmniej ze strony Polski, nie wchodzi w grę.

Porty lotnicze w Dubaju (DXB), Abu Zabi (AUH) i Dosze (DOH). W 2025 roku obsłużyły one łącznie ponad 190 milionów podróżnych, stanowiąc główne wrota dla turystów z Europy lecących do Tajlandii, na Malediwy, Bali, do Australii czy Chin. Gdy te huby zostały zamknięte lub ich funkcjonowanie drastycznie ograniczono, z dnia na dzień przerwany został "złoty korytarz" lotniczy łączący Europę z Azją. Według danych firmy analitycznej Cirium, tylko między 28 lutego a 6 marca odwołano ponad 25 tysięcy lotów do i z bliskowschodnich destynacji, co przełożyło się na utratę około 4,5 miliona miejsc dla pasażerów.

Lawina odwołań w egzotycznych kierunkach

Najbardziej wymownym dowodem na globalny zasięg problemu jest reakcja polskich touroperatorów. Wczoraj (7 marca) biuro podróży Itaka wydało pilny komunikat. Firma nie tylko zawiesiła loty do ZEA, Kataru i Omanu, ale, co kluczowe, wstrzymała sprzedaż i realizację wycieczek do 27 marca do praktycznie całej Azji Południowej i Południowo-Wschodniej. Na liście kierunków objętych tym zakazem znalazły się m.in.:

  • Malediwy
  • Seszele
  • Indie
  • Filipiny
  • Indonezja (w tym Bali)
  • Malezja
  • Wietnam
  • Chiny, Korea i Japonia
  • Australia i Nowa Zelandia
  • RPA 

Powód jest prosty: wszystkie te wycieczki były realizowane z przesiadką w zamkniętych portach lotniczych Zatoki Perskiej. Klienci, którzy utknęli w tych odległych destynacjach, są pod opieką biura, ale ich powrót do Polski jest ogromnym wyzwaniem logistycznym, uzależnionym od "dostępności miejsc w samolotach, których jest mało lub nie ma ich wcale".

Chaos na trasach, miliardowe straty i nowi beneficjenci

Paraliż hubów to nie tylko problem organizacyjny, ale także finansowy. Linie lotnicze, takie jak Air India, Lufthansa czy loty z Warszawy do Delhi, muszą omijać strefę konfliktu, co wydłuża trasy o 45–120 minut. To z kolei generuje gigantyczne koszty – każda dodatkowa godzina lotu to wydatek rzędu 6–7,5 tysiąca dolarów na paliwo, które i tak jest już droższe (cena ropy Brent wzrosła o prawie 20%). Straty ponoszą nie tylko przewoźnicy z regionu Zatoki, ale także azjatyccy giganci jak Singapore Airlines, Korean Air czy Cathay Pacific, których akcje zanotowały spadki na giełdach.

Dla samych azjatyckich destynacji to bolesny cios. Szczególnie narażona jest Tajlandia, która prognozowała, że w 2026 roku turyści z krajów arabskich wykupią tam jedną trzecią swoich zagranicznych noclegów. Teraz Tajskie Stowarzyszenie Hotelarzy ostrzega przed spadkiem przyjazdów z Bliskiego Wschodu sięgającym 30-50%. To dramat, zwłaszcza że turyści z tego regionu wydają podczas podróży średnio 11 razy więcej niż wynosi światowa średnia.

W tym czarnym scenariuszu pojawiają się jednak i tacy, którzy mogą zyskać. Hiszpański sektor turystyczny spodziewa się napływu turystów, którzy zrezygnowali z podróży do Egiptu, Jordanii czy Zatoki Perskiej i szukają bezpiecznej, słonecznej alternatywy w basenie Morza Śródziemnego. Podobnie jest z Polską. Jak zauważyła wiceszefowa Polskiej Organizacji Turystycznej, konflikt może skłonić Polaków do wybierania innych kierunków zagranicznych lub pozostania w kraju. Co więcej, POT planowała promocję w Dubaju, ale w obliczu kryzysu działania te zostaną przekierowane na inne, bezpieczniejsze rynki.